Jestem bardzo ciekawa czy jeszcze ktoś tu zagląda.... Wiem,że nie mam co wymagać, bo mnie też tu wieki nie było... Może uda mi się to wszystko niedługo wyjaśnić... Ale ja cały czas jestem i pamiętam.... Jeśli jeszcze pamiętasz i tu zaglądasz to proszę odezwij się chce wiedzieć czy jeszcze tu Jesteś....
Tagi:
ja przemyślenia
02.05.2010 o godz. 12:41
Powracamy znów po długiej nieobecności....
Dziś dokładnie dziś mijaja dwa lata mojego wolontariatu... no oczywiście nie licząc moich piesków:) Równocześnie ochody Dnia Wolontariusza...
Nigdy nie lubiłam takich imprez... Twierdze, że dobro ma wtedy wartość, gdy jemu nie towarzyszą dzwieki syren neony itp. A te wszystkie nagrody, koncerty, statuetki, wykłady, drogie obiady mnie nie bawiły... Ale takie okazje wywołują wspomnienia...
Zwłaszcza, gdy na jakiś czas muszę opuścić swoich podopiecznych i poświęcić się szkole... Tak sobie myśle ile ludzkich historii i istnien przelało się przez te lata... Wystarczy podsumować czas istnienia tego bloga...
Zaczęło sie od Jacka, który mnie zainspirował wraz z ks.Markiem do napisania pierwszych postów.. Poprzez Adasia, który bardzo mocno wyrył się w moim sercu... To dzięki niemu ten blog jeszcze istnienie czesto pomimo mojej niewiary w jego sens... Adaś był motywatorem do każdego następnego posta... Potem pojawiła się Malwinka, która wiele ciepła wlała moje serducho:) a dziś dołączył jeszcze jeden nieco nieznajomy skarb Gosia... Nie będę wymieniać wszystkich bez których ten blog, by nie powstał bo nie mialabym o kim pisac, bez których nie byłoby tej części mnie....
Wam wszystkim poprostu DZIĘKUJĘ:)
Dziś dokładnie dziś mijaja dwa lata mojego wolontariatu... no oczywiście nie licząc moich piesków:) Równocześnie ochody Dnia Wolontariusza...
Nigdy nie lubiłam takich imprez... Twierdze, że dobro ma wtedy wartość, gdy jemu nie towarzyszą dzwieki syren neony itp. A te wszystkie nagrody, koncerty, statuetki, wykłady, drogie obiady mnie nie bawiły... Ale takie okazje wywołują wspomnienia...
Zwłaszcza, gdy na jakiś czas muszę opuścić swoich podopiecznych i poświęcić się szkole... Tak sobie myśle ile ludzkich historii i istnien przelało się przez te lata... Wystarczy podsumować czas istnienia tego bloga...
Zaczęło sie od Jacka, który mnie zainspirował wraz z ks.Markiem do napisania pierwszych postów.. Poprzez Adasia, który bardzo mocno wyrył się w moim sercu... To dzięki niemu ten blog jeszcze istnienie czesto pomimo mojej niewiary w jego sens... Adaś był motywatorem do każdego następnego posta... Potem pojawiła się Malwinka, która wiele ciepła wlała moje serducho:) a dziś dołączył jeszcze jeden nieco nieznajomy skarb Gosia... Nie będę wymieniać wszystkich bez których ten blog, by nie powstał bo nie mialabym o kim pisac, bez których nie byłoby tej części mnie....
Wam wszystkim poprostu DZIĘKUJĘ:)
03.12.2009 o godz. 21:04
Pięć osób dostało w niedzielę statuetki "Jesteś przyjacielem". Szóstym wyróżnionym przez kapitułę jest 14-letni Mateusz Rakowski.
Już po raz kolejny ludzie niepełnosprawni spotkali się pod hasłem „Wspólnie możemy więcej”. Po uroczystej mszy, bawili się na pikniku integracyjnym w hali w Borowiczkach. Był poczęstunek, a potem mnóstwo śmiechu przy wspólnych grach i zabawach.
Jednak najważniejszymi bohaterami tego dnia byli wyróżnieni statuetkami „Jesteś przyjacielem”. Werdykt kapituły, która składa się z laureatów nagrody z poprzednich lat, ogłoszony został 11 października w kościele św. Jakuba w Imielnicy podczas uroczystej mszy. Statuetki otrzymali: lekarz neurolog Joanna Obrębska, wolontariusz Artur Jóźwiak, właściciel biura rachunkowego Karol Krawiec i dyrektor Muniserwisu Ireneusz Drozdowski. Statuetka honorowa przypadła w udziale ks. Ryszardowi Paradowskiemu, proboszczowi parafii w Imielnicy. List gratulacyjny i książki dostał uczeń Gimnazjum nr 4 Mariusz Rakowski, który od kilku lat pomaga swojemu niepełnosprawnemu przyjacielowi Łukaszowi Fersztowi.
Statuetki „Jesteś przyjacielem” są przyznawane od 2001 r. Jej pomysłodawcy to ówczesny wikariusz w Imielnicy ks. Włodzimierz Czarnomski i założyciel warsztatu terapii zajęciowej w Borowiczkach oraz Hanna Makówka, szefowa Stowarzyszenia Kolory Życia. W tym roku za pracę dla ludzi niepełnosprawnych "bez formalnego obowiązku, lecz z potrzeby serca", zgłoszonych zostało 11 osób. Nagroda jest cenna tym bardziej, że nominują do niej m.in. sami niepełnosprawni.
Statuetka składa się z trzech granitowych trójkątów. Największy symbolizuje Opatrzność Bożą, mniejszy - ludzi pomagających niepełnosprawnym, a najmniejszy - tych wszystkich, którzy pomocy potrzebują.
Już po raz kolejny ludzie niepełnosprawni spotkali się pod hasłem „Wspólnie możemy więcej”. Po uroczystej mszy, bawili się na pikniku integracyjnym w hali w Borowiczkach. Był poczęstunek, a potem mnóstwo śmiechu przy wspólnych grach i zabawach.
Jednak najważniejszymi bohaterami tego dnia byli wyróżnieni statuetkami „Jesteś przyjacielem”. Werdykt kapituły, która składa się z laureatów nagrody z poprzednich lat, ogłoszony został 11 października w kościele św. Jakuba w Imielnicy podczas uroczystej mszy. Statuetki otrzymali: lekarz neurolog Joanna Obrębska, wolontariusz Artur Jóźwiak, właściciel biura rachunkowego Karol Krawiec i dyrektor Muniserwisu Ireneusz Drozdowski. Statuetka honorowa przypadła w udziale ks. Ryszardowi Paradowskiemu, proboszczowi parafii w Imielnicy. List gratulacyjny i książki dostał uczeń Gimnazjum nr 4 Mariusz Rakowski, który od kilku lat pomaga swojemu niepełnosprawnemu przyjacielowi Łukaszowi Fersztowi.
Statuetki „Jesteś przyjacielem” są przyznawane od 2001 r. Jej pomysłodawcy to ówczesny wikariusz w Imielnicy ks. Włodzimierz Czarnomski i założyciel warsztatu terapii zajęciowej w Borowiczkach oraz Hanna Makówka, szefowa Stowarzyszenia Kolory Życia. W tym roku za pracę dla ludzi niepełnosprawnych "bez formalnego obowiązku, lecz z potrzeby serca", zgłoszonych zostało 11 osób. Nagroda jest cenna tym bardziej, że nominują do niej m.in. sami niepełnosprawni.
Statuetka składa się z trzech granitowych trójkątów. Największy symbolizuje Opatrzność Bożą, mniejszy - ludzi pomagających niepełnosprawnym, a najmniejszy - tych wszystkich, którzy pomocy potrzebują.
Tagi:
niepelnosprawni
07.11.2009 o godz. 19:31
Chciałabym się z Tobą czymś podzielić... Tylko uwaga... Jeśli masz słabe nerwy to proszę nie oglądaj tego... Ja do tej pory nie mogę wyjść z szoku i otrzeć łez, a nie chciałabym mieć kogoś na sumieniu... Chociaż... Nie... Wreszcie pora wziąść odpowiedzialność.. Wreszcie pora zobaczyć... I wreszcie pora powiedzieć NIE gdy cały świat krzyczy TAK... Nie zamykaj serca!!!!!!! Nie próbuj żyć bez Miłości!!!!!!! Możesz jeszcze zmienić świat... Możesz zmienić siebie....
Tagi:
smierc cierpienie milosc
28.10.2009 o godz. 21:11
Daj rękę... Pójdziemy... widzisz...tam po lewo?? Tam jest kościół, wtedy był tu odpust cała wieś się zebrała to było wielkie święto...
Chodż wejdziemy.. Przywitamy się z Nim, dalej pójdziemy już razem... Ops. znowu.. Patrz spadł kolejny kasztan..Zobacz ile liści, tyle kolorowych...
Po horyzont nie widać nic... tylko pusta droga po której od czasu do czasu przemknie zabłąkany samochód... może szuka swojego miejsca na ziemi? Wydaje się taki samotny... I piękne kasztanowce po obu stronach... prawdziwa Aleja Kasztanowa...
Widzisz tą bramkę? Tam wejdziemy... Niby zwykła furtka.. ale po jej przejściu już nic nie jest takie samo... Boisz się? Bo ja się bałam... Pytasz: czego? ale ja nie wiem... Czegoś dziwnego.. Nieznanego.. Ale drogi powrotnej już nie było...
Zobacz... On nas wita... Tam na drzewie.. "Jezu ufam Tobie" A Ty mu ufasz? Ja chyba nie ufałam... A przynajmniej nie do końca, zabardzo poranione serce nie ufa...
Zobacz... To ten biało-czerwony habit... Ona wie wszystko o tym miejscu.. Podejdziesz? Ja nie miałam odwagi... Snułam się jak cień w tam i z powrotem.. Wybrałam samotność.. Choć tego nie chciałam...Przestałam do końca wierzyć i ufać, a to co o tym miejscu slyszałam to jeden wielki pic na wodę, fotomontarz... tak wtedy sądziłam...
Zobacz znowu ten czerwony znak stop "Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony" Dla mnie wtedy wszystko było "wzbronione" wszędzie byłam intruzem...
Tam jest.. To on.. ten na biało pomalowany stary dom to tutaj... Wchodzimy? Zobacz żelki:) Wtedy nawet to nie potrafiło mi poprawić nastroju... Ale to jeszcze nie był koniec... Myślałam,że gożej być nie mogło... Ale to był dopiero przedpokój...
Idziemy do kaplicy... I co dalej? Ale jak już tu jesteśmy... Jak się czujesz? Bo ja wtedy tego nie potrafiłam określić... Zaraz Msza.. I co musimy znaleźć jakiś nocleg... W końcu nie mamy jak wrócić do domu... Uff.. Józin jest niedaleko... Teraz juz trafie:)
Nowy dzień nowe życie? wierzysz w to? Bo ja jeszcze 24 sierpnia niewierzyłam.. To co robimy? Wracamy do domu czy zostajemy? Ale przecież po powrocie do domu będzie znów to samo... Decyzja podjęta.. Trzeba upolować coś do jedzenia... Chyba zostały jeszcze jakieś pieniądze...
Zobacz na te szczęśliwe rodziny, roześmiane dzieci, tam jest karuzela... A cała Aleja Kasztanowa porośnięta straganami...
Wracamy.. Ile się można włuczyć.. Ci ludzie są conajmniej "dziwni".. a może to ja byłam "dziwna"...
No to się zaczyna hardcor... Idź na spacer.. teraz będę sama bez nikogo.. nawet Najwyższy sobie poszedł... Mała kaplica.. Kilka Sióstr, które się uśmiechają niewiadomo do kogo... Przecież tam nikogo nie ma tam jest tylko smutek, żal, i coś co otępia i unieruchamia.. Ja doskonale wiedziałam, że gdybym stamtad wyszła do domu bym już nie wróciła... I wtedy...
Chyba najtrudniejsza decyzja w moim życiu.... Boże teraz działaj Ty jeśli jesteś to zrób coś do holery!! "Albo chodz przytul mnie albo odejdz i przebacz!!!!!" Jak brzmiały słowa piosenki dochodzące z odpustu... To jest trudne gdy całe życie polega sie tylko na własnej samowystarczalnosci... Będę tu siedzieć dopuki Ty czegoś nie zrobisz i Siostry będą mieć lokatorkę... Chcesz mojej spowiedzi? Ok pierwszy ksiądz, który tu wejdzie...
Dobrze chodz jeszcze pospacerujemy po wsi... Przecież tam i tak nikt nie przyjedzie...
Dobra chodż na Koronkę... Usiądź w ławce... Słyszysz? Chyba jakiś ksiądz przyjechał... "Ksiądz na wózku to jeszcze do was nie przyjechał" Nieeeeeeeeee... To nie może być tak... To niemożliwe.. To ten ksiądz, którego niedawno słuchałam, ktory tak sie "mądrzy" o miłości... Jak wiele "ale" do niego miałam... Nieraz miało się ochotę wykrzyczeć "O jakiej ksiadz milosci mówi? Co to wogóle jest i czy istnieje? Mam odmienny pogląd na ten temat..." Ale zaraz zaraz... przecież ja miałam... O nieeeeeeeeeee...Przypadek?????????? Przypadki to tylko w gramatyce...
Trzy godziny później okazało sie że Bóg nie tylko był ze mną w tym całym zagubieniu, ale co wiecej KOCHA, UZDRAWIA, i jest w stanie wszystkie góry na drodze przestawić, aby tylko człowiek do Niego wrócił i poznał Jego wielka MIłOŚĆ...A wtedy egzystencja staje się ŻYCIEM!!
A wiesz co było w tym najśmieszniejsze?? Oczywiście sama obecność tam ks. Marka z Ciechocinka akurat ks. na wózku (zmieniłam wtedy swoje zdanie na temat niepelnosprawnych przez co moge lepiej i z wieksza miłoscia im pomagać.. moj wolontariat stał sie piękniejszy..)
akurat ks. którego
słuchałam przed wyjazdem i miałam do niego tysiące zażaleń, które prysły jak bańka mydlana pod wpływem MIłOŚCI którą przywiózł mi na swoim "osiołku"..
Akurat miał przyjechać w zupełnie innym terminie, a Ten na Górze plany tak pozmieniał i przyjechał właśnie wtedy...
A wiesz dlaczego wierze, że Bóg tego chciał? Bo szatan to znienawidził... Ks. po drodzę miał wypadek samochodowy... jednak jak to na jego przystało powiedział do diabełka słynne "Mam Cię w dupie..":) I przyjechał nie wiem jakim cudem ale gdyby tego wypadku nie było to minęlibyśmy sie w kaplicy wiec Bóg wie co robi:)
Wiesz gdzie byłeś? I co widziałeś? Zabrałam Cię do Rybna do Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia dalej są zdjęcia wiec zobacz jak naprawdę wygląda Aleja Kasztanowa...
A widziałeś moją drogę do Domu...
Zastanawiasz się pewnie jak wróciliśmy do domu?Przecież autobusu nie było i byliśmy uziemieni.. Wiesz w Rybnie wszystko jest możliwe... Pan jak nie masz jak stamtad wrócić do domu to nawet dzambodzeta z pelnym bakiem moze Ci przysłać:) Tu cuda są na porządku dziennym...
Jeśli chcesz to napisz.. podeślę Ci kilka materiałów a poza tym www.misericordiadei.eu
U mnie obyło się bez dzambodzeta, ale akurat znajomy diakon przyjechał do Rybna do spowiedzi, a na końcu stwierdził, że przyjechał tylko po to by mnie odwieźć do domu... Cóż, ale ja już byłam w Domu... Dziękuję Ci za tą podróż:)
A teraz możemy iść sie tarzać w trawie śpiewać, tańczyć smiać się, biegać i muuuczeć razem z krowami w Jego Milosci... Każdy sobie wyobraża Niebo , a ja wiem że bedzie ono takie jak wieczorem 24 sierpnia 2009r:)
Chodż wejdziemy.. Przywitamy się z Nim, dalej pójdziemy już razem... Ops. znowu.. Patrz spadł kolejny kasztan..Zobacz ile liści, tyle kolorowych...
Po horyzont nie widać nic... tylko pusta droga po której od czasu do czasu przemknie zabłąkany samochód... może szuka swojego miejsca na ziemi? Wydaje się taki samotny... I piękne kasztanowce po obu stronach... prawdziwa Aleja Kasztanowa...
Widzisz tą bramkę? Tam wejdziemy... Niby zwykła furtka.. ale po jej przejściu już nic nie jest takie samo... Boisz się? Bo ja się bałam... Pytasz: czego? ale ja nie wiem... Czegoś dziwnego.. Nieznanego.. Ale drogi powrotnej już nie było...
Zobacz... On nas wita... Tam na drzewie.. "Jezu ufam Tobie" A Ty mu ufasz? Ja chyba nie ufałam... A przynajmniej nie do końca, zabardzo poranione serce nie ufa...
Zobacz... To ten biało-czerwony habit... Ona wie wszystko o tym miejscu.. Podejdziesz? Ja nie miałam odwagi... Snułam się jak cień w tam i z powrotem.. Wybrałam samotność.. Choć tego nie chciałam...Przestałam do końca wierzyć i ufać, a to co o tym miejscu slyszałam to jeden wielki pic na wodę, fotomontarz... tak wtedy sądziłam...
Zobacz znowu ten czerwony znak stop "Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony" Dla mnie wtedy wszystko było "wzbronione" wszędzie byłam intruzem...
Tam jest.. To on.. ten na biało pomalowany stary dom to tutaj... Wchodzimy? Zobacz żelki:) Wtedy nawet to nie potrafiło mi poprawić nastroju... Ale to jeszcze nie był koniec... Myślałam,że gożej być nie mogło... Ale to był dopiero przedpokój...
Idziemy do kaplicy... I co dalej? Ale jak już tu jesteśmy... Jak się czujesz? Bo ja wtedy tego nie potrafiłam określić... Zaraz Msza.. I co musimy znaleźć jakiś nocleg... W końcu nie mamy jak wrócić do domu... Uff.. Józin jest niedaleko... Teraz juz trafie:)
Nowy dzień nowe życie? wierzysz w to? Bo ja jeszcze 24 sierpnia niewierzyłam.. To co robimy? Wracamy do domu czy zostajemy? Ale przecież po powrocie do domu będzie znów to samo... Decyzja podjęta.. Trzeba upolować coś do jedzenia... Chyba zostały jeszcze jakieś pieniądze...
Zobacz na te szczęśliwe rodziny, roześmiane dzieci, tam jest karuzela... A cała Aleja Kasztanowa porośnięta straganami...
Wracamy.. Ile się można włuczyć.. Ci ludzie są conajmniej "dziwni".. a może to ja byłam "dziwna"...
No to się zaczyna hardcor... Idź na spacer.. teraz będę sama bez nikogo.. nawet Najwyższy sobie poszedł... Mała kaplica.. Kilka Sióstr, które się uśmiechają niewiadomo do kogo... Przecież tam nikogo nie ma tam jest tylko smutek, żal, i coś co otępia i unieruchamia.. Ja doskonale wiedziałam, że gdybym stamtad wyszła do domu bym już nie wróciła... I wtedy...
Chyba najtrudniejsza decyzja w moim życiu.... Boże teraz działaj Ty jeśli jesteś to zrób coś do holery!! "Albo chodz przytul mnie albo odejdz i przebacz!!!!!" Jak brzmiały słowa piosenki dochodzące z odpustu... To jest trudne gdy całe życie polega sie tylko na własnej samowystarczalnosci... Będę tu siedzieć dopuki Ty czegoś nie zrobisz i Siostry będą mieć lokatorkę... Chcesz mojej spowiedzi? Ok pierwszy ksiądz, który tu wejdzie...
Dobrze chodz jeszcze pospacerujemy po wsi... Przecież tam i tak nikt nie przyjedzie...
Dobra chodż na Koronkę... Usiądź w ławce... Słyszysz? Chyba jakiś ksiądz przyjechał... "Ksiądz na wózku to jeszcze do was nie przyjechał" Nieeeeeeeeee... To nie może być tak... To niemożliwe.. To ten ksiądz, którego niedawno słuchałam, ktory tak sie "mądrzy" o miłości... Jak wiele "ale" do niego miałam... Nieraz miało się ochotę wykrzyczeć "O jakiej ksiadz milosci mówi? Co to wogóle jest i czy istnieje? Mam odmienny pogląd na ten temat..." Ale zaraz zaraz... przecież ja miałam... O nieeeeeeeeeee...Przypadek?????????? Przypadki to tylko w gramatyce...
Trzy godziny później okazało sie że Bóg nie tylko był ze mną w tym całym zagubieniu, ale co wiecej KOCHA, UZDRAWIA, i jest w stanie wszystkie góry na drodze przestawić, aby tylko człowiek do Niego wrócił i poznał Jego wielka MIłOŚĆ...A wtedy egzystencja staje się ŻYCIEM!!
A wiesz co było w tym najśmieszniejsze?? Oczywiście sama obecność tam ks. Marka z Ciechocinka akurat ks. na wózku (zmieniłam wtedy swoje zdanie na temat niepelnosprawnych przez co moge lepiej i z wieksza miłoscia im pomagać.. moj wolontariat stał sie piękniejszy..)
akurat ks. którego
słuchałam przed wyjazdem i miałam do niego tysiące zażaleń, które prysły jak bańka mydlana pod wpływem MIłOŚCI którą przywiózł mi na swoim "osiołku"..
Akurat miał przyjechać w zupełnie innym terminie, a Ten na Górze plany tak pozmieniał i przyjechał właśnie wtedy...
A wiesz dlaczego wierze, że Bóg tego chciał? Bo szatan to znienawidził... Ks. po drodzę miał wypadek samochodowy... jednak jak to na jego przystało powiedział do diabełka słynne "Mam Cię w dupie..":) I przyjechał nie wiem jakim cudem ale gdyby tego wypadku nie było to minęlibyśmy sie w kaplicy wiec Bóg wie co robi:)
Wiesz gdzie byłeś? I co widziałeś? Zabrałam Cię do Rybna do Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia dalej są zdjęcia wiec zobacz jak naprawdę wygląda Aleja Kasztanowa...
A widziałeś moją drogę do Domu...
Zastanawiasz się pewnie jak wróciliśmy do domu?Przecież autobusu nie było i byliśmy uziemieni.. Wiesz w Rybnie wszystko jest możliwe... Pan jak nie masz jak stamtad wrócić do domu to nawet dzambodzeta z pelnym bakiem moze Ci przysłać:) Tu cuda są na porządku dziennym...
Jeśli chcesz to napisz.. podeślę Ci kilka materiałów a poza tym www.misericordiadei.eu
U mnie obyło się bez dzambodzeta, ale akurat znajomy diakon przyjechał do Rybna do spowiedzi, a na końcu stwierdził, że przyjechał tylko po to by mnie odwieźć do domu... Cóż, ale ja już byłam w Domu... Dziękuję Ci za tą podróż:)
A teraz możemy iść sie tarzać w trawie śpiewać, tańczyć smiać się, biegać i muuuczeć razem z krowami w Jego Milosci... Każdy sobie wyobraża Niebo , a ja wiem że bedzie ono takie jak wieczorem 24 sierpnia 2009r:)
Tagi:
przemyslenia
27.10.2009 o godz. 20:22
No tak.. Długo mnie tu nie było..Ale nadrobię... Miesiąc wyjęty z życia... zdrowie ma to do siebie, że doceniamy je dopiero jak je tracimy... Ale powiem po Hiobowemu: "Pan dał. Pan zabrał. Niech Imię Jego bedzie błogosławione.":)
Tagi:
przemyslenia choroba
27.10.2009 o godz. 16:40
Płock, 8 września 1991 Nigdy nie jest tak, żeby człowiek, czyniąc dobrze drugiemu, tylko sam był dobroczyńcą. Jest równocześnie obdarowywany, obdarowany tym, co ten drugi przyjmuje z miłością. (Płock, 8 września 1991) JPII
W najbliższych dniach w kościołach, kioskach ruchu, na ulicach.. wszędzie będzie "królował" jeden człowiek- Jan Paweł II... Nie chcę wnikać ile w tym jest komercji, a ile prawdziwej pamięci, ale Jemu zależało na żywym pomniku... Pomniku miłości, pokoju i pojednania... Ten blog jest przecież o najwiekszej wartości, którą wyznawał papież o miłości... o człowieku.. Wiec niemogłabym tu nie wspomnieć o wojowniku, który to końca walczył o godność człowieka... Człowieka poczętego, człowieka młodego, czlowieka cierpiącego i umierającego.... Myśle, że najlepiej wyrażają to słowa piosenki Marcina Stycznia...
Brakuje nam słów
A wypowiedział ich tysiące
Brakuje gestów A wyraził ich setki
Brakuje znaków
A sam był jednym wielkim znakiem
Brakuje nam odwagi
A mówił: nie lękajcie się
Brakuje nam sił
A do końca dźwigał krzyż
Brakuje nam wiary
A pokazał jak mamy żyć
Santo santo santo subito
Santo santo santo subito
Santo santo santo santo
Santo
Brakuje nam pokory
A pochylał się nad każdym
Brakuje nam pokoju
A zawsze bronił słabszych
Brakuje nam nadziei
A jej świadkiem będzie po wsze czasy
Brakuje nam radości
A pocieszał nas do końca
Brakuje nam miłości
A wzywał: sursum corda
Brakuje nam Boga
A pokazał życiem jak Go spotkać
Santo santo santo subito
Santo santo santo subito
Santo santo santo santo
Santo
Ełk, 8 czerwca 1999Nie zatwardzajmy serc, gdy słyszymy krzyk biednych. Starajmy się usłyszeć to wołanie. Starajmy się tak postępować i tak żyć, by nikomu w naszej Ojczyźnie nie brakło dachu nad głową i chleba na stole, by nikt nie czuł się samotny, pozostawiony bez opieki (Ełk, 8 czerwca 1999)
Częstochowa, 18 czerwca 1983Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwiać. (Częstochowa, 18 czerwca 1983)
A to jest zdjęcie, które szczególnie utkwiło mi na serduchu... "To cierpienie ma sens... ma sens..."
W najbliższych dniach w kościołach, kioskach ruchu, na ulicach.. wszędzie będzie "królował" jeden człowiek- Jan Paweł II... Nie chcę wnikać ile w tym jest komercji, a ile prawdziwej pamięci, ale Jemu zależało na żywym pomniku... Pomniku miłości, pokoju i pojednania... Ten blog jest przecież o najwiekszej wartości, którą wyznawał papież o miłości... o człowieku.. Wiec niemogłabym tu nie wspomnieć o wojowniku, który to końca walczył o godność człowieka... Człowieka poczętego, człowieka młodego, czlowieka cierpiącego i umierającego.... Myśle, że najlepiej wyrażają to słowa piosenki Marcina Stycznia...
Brakuje nam słów
A wypowiedział ich tysiące
Brakuje gestów A wyraził ich setki
Brakuje znaków
A sam był jednym wielkim znakiem
Brakuje nam odwagi
A mówił: nie lękajcie się
Brakuje nam sił
A do końca dźwigał krzyż
Brakuje nam wiary
A pokazał jak mamy żyć
Santo santo santo subito
Santo santo santo subito
Santo santo santo santo
Santo
Brakuje nam pokory
A pochylał się nad każdym
Brakuje nam pokoju
A zawsze bronił słabszych
Brakuje nam nadziei
A jej świadkiem będzie po wsze czasy
Brakuje nam radości
A pocieszał nas do końca
Brakuje nam miłości
A wzywał: sursum corda
Brakuje nam Boga
A pokazał życiem jak Go spotkać
Santo santo santo subito
Santo santo santo subito
Santo santo santo santo
Santo
Ełk, 8 czerwca 1999Nie zatwardzajmy serc, gdy słyszymy krzyk biednych. Starajmy się usłyszeć to wołanie. Starajmy się tak postępować i tak żyć, by nikomu w naszej Ojczyźnie nie brakło dachu nad głową i chleba na stole, by nikt nie czuł się samotny, pozostawiony bez opieki (Ełk, 8 czerwca 1999)
Częstochowa, 18 czerwca 1983Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwiać. (Częstochowa, 18 czerwca 1983)
A to jest zdjęcie, które szczególnie utkwiło mi na serduchu... "To cierpienie ma sens... ma sens..."
11.10.2009 o godz. 00:34
http://w421.wrzuta.pl/audio/4yxeDEUntFI/ks._marek_balwas_-_konferencja_-_debowiec_2007
Jedna z wieeelu konferencji ks.Marka szperając w necie można znaleźć wiecej... A wiec do dzieła, bo dziś jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia chyba, że jest to dzień Twojej śmierci...
Jedna z wieeelu konferencji ks.Marka szperając w necie można znaleźć wiecej... A wiec do dzieła, bo dziś jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia chyba, że jest to dzień Twojej śmierci...
Tagi:
milosc niepelnosprawnosc
09.10.2009 o godz. 23:44
Nogami nie można się zbawić
Był lipiec1985 r. Pojechałem pierwszy raz do Lichenia, by tam pracować przy rozbudowie klasztoru i by zarobić pierwsze pieniądze w życiu na wakacje. Tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z ludźmi niepełnosprawnymi na wózkach inwalidzkich, którzy przebywali na wczasorekolekcjach. Opiekowali się nimi księża, klerycy i osoby świeckie. Patrząc na nich myślałem sobie, że ja też bym tak chciał opiekować się chorymi, ale wtedy musiałbym być klerykiem lub księdzem. To wówczas pojawiła się moja pierwsza myśl o powołaniu. Byłem ministrantem już wiele lat, od 1978 roku, ale dopiero tam, patrząc na tych chorych, pomyślałem o kapłaństwie. Wyjechałem stamtąd, ale myśli i pragnienia pozostały. Dzięki Bożej Opatrzności w 1991 roku wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego Zaraz na początku roku akademickiego jeden ze starszych kolegów - kleryk zapytał mnie, czy chciałbym chodzić na spotkania z niepełnosprawnymi. Byłem zaskoczony tą propozycją, ale zarazem bardzo szczęśliwy, zgodziłem się bez wahania. Tak rozpoczęła się moja przygoda z osobami niepełnosprawnymi. Spotkania odbywały się co miesiąc, ale mogliśmy też odwiedzać chorych co tydzień w ich domach. Spotykałem się z nimi, rozmawiałem, żartowałem, pocieszałem ich i co najważniejsze, traktowałem jak normalnych ludzi, bez litości i współczucia - oni tego nie oczekiwali, oni chcieli normalności. Comiesięczne spotkania rozpoczynały się Eucharystią, by później cieszyć się i radować wspólnym byciem razem ze sobą - zdrowi i chorzy. Pod koniec roku akademickiego dostałem propozycję wyjazdu wakacyjnego na wczasorekolecje i z niepełnosprawnymi. Odpowiedź moja była twierdząca, choć nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Grupa była dość duża - ok. 25 osób na wózkach i wielu wolontariuszy - było cudownie! Byłem opiekunem osób niepełnosprawnych, spełniło się moje marzenie po wielu latach od tego pamiętnego pobytu w Licheniu. Przebywaliśmy z chorymi cały czas. W dzień i w nocy, mieliśmy bowiem nocne dyżury przy chorych, w czasie których należało ich obracać co dwie godziny... Wtedy nie wiedziałem, po co to robię, dzisiaj już wiem, ale tak trzeba było robić, więc robiłem. Przy tych chorych trzeba było zrobić wszystko: od ubrania, umycia, przez dowiezienie na posiłek, nakarmienie, wyjście na spacer, zjeżdżanie po schodach, po modlitwę, rozmowę, radość, smutek i wspólną zabawę, rozmowy o życiu cierpieniu i śmierci. To były piękne chwile - mogłem pomóc drugiemu człowiekowi. Znikały wówczas wszystkie moje małe problemy, gdy patrzyłem na niepełnosprawnych, od nich uczyłem się modlitwy, życia i rozumienia tego, jak wiele mam rzeczy, których nie doceniam, z których powinienem się cieszyć. Mam sprawne ręce, nogi, mogę mówić, patrzeć, skakać, wygłupiać się. Wielu
z tych ludzi nigdy nie chodziło, nie mogli się sami ubrać, najeść, bo dłonie były niesprawne, a jeszcze jakby tego było mało, to niektórzy byli na wózku i do tego niewidomi. Wówczas serce mi się rozrywało, jak patrzyłem na ludzkie cierpienie. Pytałem wtedy Pana Boga: jak tak może być, dlaczego na to pozwala, by było tyle cierpienia, bólu i smutku!!! Odpowiedź dawali mi sami chorzy, którzy cieszyli się każdą chwilą życia, każdym gestem mojej
i innych ludzi życzliwości i serdeczności. Nie rozpaczali nad swoją niedolą, nad swoim bólem, ale cieszyli się autentyczną radością
z tego, co przynosił dany dzień. Pamiętam do dzisiaj, jak pewnego pięknego słonecznego dnia poszliśmy na plażę, ja wziąłem ze sobą jednego chłopaka na wózku. Wjechaliśmy nim kawałek na plażę
i zsadziłem go z wózka na koc, na którym usiadł. Spoglądał w morze z oddali. Zapytałem go, czy był kiedyś w morzu. Odpowiedział, że nigdy, więc ja, nie zastanawiając się długo, wziąłem go na ręce i choć ciężko było iść po piasku, doniosłem go do morza. Wszedłem
z nim kawałek w morze, posadziłem go na moim kolanie i kazałem mu dłonią dotknąć morskiej wody. Zrobił to i następnie dotknął dłonią ust i wykrzyknął: rzeczywiście słona! Jak wielka była jego radość w oczach, że pierwszy raz w życiu dotknął morza - tego nie da się opisać, jak wielkie było jego szczęście. Moja radość była również wielka, że mogłem mu sprawić taką przyjemność, to jest coś niesamowitego, to trzeba przeżyć i doświadczyć. Takich chwil i podobnych do tych przeżywałem wśród chorych bardzo wiele. Uczyłem się od nich wiary w Boga i modlitwy. Jak oni potrafią się głęboko modlić, myślałem sobie, jak wielką mają wiarę w moc modlitwy, a jaka jest moja wiara
i moja modlitwa, pytałem siebie... Wczasorekolekcje kończyły się, potem były spotkania co miesiąc i potem znów rekolekcje - tak co roku przez cztery lata uczyłem się jak żyć od niepełnosprawnych. Potem troszkę się oddaliłem od nich, choć byłem blisko sercem i myślami, wspominając jak wiele im zawdzięczam. Zostałem księdzem w 1998 roku i najwspanialsze życzenia, jakie dostałem, to były właśnie życzenia od niepełnosprawnych. Dalej mój kontakt z nimi był okazjonalny - spotykaliśmy się na Eucharystii i w czasie pieszych pielgrzymek.
Przyszedł luty 2003 roku, kiedy to w wyniku wypadku samochodowego złamałem kręgosłup i mam uszkodzony rdzeń kręgowy na odcinku piersiowym th3-th4. Od tego czasu jestem niepełnosprawnym księdzem i poruszam się na wózku inwalidzkim. Gdy po wypadku doszedłem do siebie, a wypadek był dość tragiczny,
i gdy dowiedziałem się, że nie będę chodził, nie byłem w wielkim szoku, może dlatego właśnie, że wcześniej miałem kontakt z osobami na wózku. Pomyślałem sobie - trudno, widocznie tak ma być. Pan Bóg ma w tym jakiś plan dla mnie. Niech mnie jednak nikt nie pyta jaki plan, bo sam tego nie wiem jeszcze. Wszystko to, co ja robiłem przy chorych, teraz trzeba robić przy mnie...Jedno
z moich pierwszych zdań, jakie wypowiedziałem, to podziękowanie Bogu, że zostawił mi sprawne ręce i głowę, czyli to, co do kapłaństwa jest najważniejsze. Mogę sprawować Eucharystię, mogę udzielać sakramentu pojednania i mogę mówić kazania. A jak się ostatnio dowiedziałem od młodzieży na rekolekcjach, które dla nich prowadziłem, "nogami nie można się zbawić, tylko sercem!" Dokładnie tak jest i coraz bardziej to do mnie dociera, że nogi nie są najważniejsze w życiu, najważniejsze jest serce pełne zaufania w Boży Plan Zbawienia wobec każdego z nas. Takie życie nie jest łatwe
i proste, są chwile załamania, buntu, bólu i krzyku do Boga "dlaczego ja?!!!" Zaraz przychodzi jednak refleksja - tego ci nikt nie powie, dowiesz się tego później. Trudno jest opisać to wszystko, co przeżywam, jak się z tym wszystkim pogodziłem. Może to powiedzieć moja rodzina, mama i rodzeństwo, a także moi przyjaciele, którzy zawsze są przy mnie, nie opuścili mnie w moim nieszczęściu, a wręcz przeciwnie, wspierają mnie cały czas, i którym chcę bardzo podziękować za to, że byli, są i mam nadzieję, że będą ze mną i przy mnie!!! Może to powiedzieć młodzież, z którą się spotykałem na muzycznych spotkaniach z Bogiem w naszej diecezji, które nazwaliśmy "Przystanek Jezus" i prawie na wszystkich z nich byłem osobiście. Spotykałem się z nimi jak chodziłem, modliłem się z nimi, spowiadałem ich, tańczyłem, wychwalając w ten sposób Boga. Organizowałem dwa "przystanki" i jeden był, krótko przed moim wypadkiem. To był bardzo specyficzny przystanek, wcześniej takiego nie było i po nim też już takiego nie było, a chodzi o to, że motywem przewodnim tego spotkania były słowa - Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia.... chyba że jest to dzień Twojej śmierci -
i pod wpływem tych słów i kazania, które wówczas powiedziałem, bardzo duża liczba młodzieży skorzystała ze spowiedzi. Po 2 latach od tamtego wydarzenia, na tegorocznych rekolekcjach usłyszałem słowa od młodej osoby: Proszę księdza, tak sobie myślę, że tamten wypadek to szatańska zemsta za "Przystanek Jezus" TEN OSTATNI który ksiądz organizował..taki mały żart i próba pozbycia się wroga, bo przecież ksiądz ich tam tylu nawrócił, tylu ludzi się wyspowiadało, otworzył im ksiądz oczy na Boga... Wiem, że nawrócenie to nie moja zasługa - ja im może tylko troszkę z Bożą pomocą pomogłem, ale po usłyszeniu tych słów poczułem się dokładnie jak Hiob ze Starego Testamentu. Taki jesteś mądry i wychwalasz Boga, bo jesteś zdrowy. Zobaczymy, co zrobisz jak Ci zabiorę nogi. Zabrał, ale ja i tak nie przestanę mówić o Bogu, Jezusie i jego miłości do ludzi!!! Teraz dalej jeżdżę na "Przystanki", modlę się, swoim głosem wychwalam Boga, bo tańczyć i skakać nie mogę, ale zawsze dziękuję młodzieży, że to robi dla Jezusa i uczę jej, by doceniała to, co ma - swoje zdrowie!!! Minęło już ponad pięć lat jak jestem na wózku. Szanse na chodzenie są takie, że jak medycyna posunie się do przodu i nastąpią przeszczepy rdzenia kręgowego, to może stanę na nogi z wózka, ale póki co uczę się żyć na wózku każdego dnia od nowa. Nie poddaję się, bo wiem, że Pan Bóg widzi w moim cierpieniu jakiś sens. Ja też ten sens z pomocą innych, a zwłaszcza młodzieży, bliskich i życzliwych mi osób, powoli odkrywam, "ale widzę go jeszcze niejasno, jakby w zwierciadle". Wierzę, że nadejdzie taki dzień, że zrozumiem wszystko jak "w jasny dzień", jaki to wszystko miało sens, jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym...
świadectwo pochodzi ze strony www.fotka.pl/profil/ksiadzmar/ w opisach znajdziesz dużo więcej...
Był lipiec1985 r. Pojechałem pierwszy raz do Lichenia, by tam pracować przy rozbudowie klasztoru i by zarobić pierwsze pieniądze w życiu na wakacje. Tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z ludźmi niepełnosprawnymi na wózkach inwalidzkich, którzy przebywali na wczasorekolekcjach. Opiekowali się nimi księża, klerycy i osoby świeckie. Patrząc na nich myślałem sobie, że ja też bym tak chciał opiekować się chorymi, ale wtedy musiałbym być klerykiem lub księdzem. To wówczas pojawiła się moja pierwsza myśl o powołaniu. Byłem ministrantem już wiele lat, od 1978 roku, ale dopiero tam, patrząc na tych chorych, pomyślałem o kapłaństwie. Wyjechałem stamtąd, ale myśli i pragnienia pozostały. Dzięki Bożej Opatrzności w 1991 roku wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego Zaraz na początku roku akademickiego jeden ze starszych kolegów - kleryk zapytał mnie, czy chciałbym chodzić na spotkania z niepełnosprawnymi. Byłem zaskoczony tą propozycją, ale zarazem bardzo szczęśliwy, zgodziłem się bez wahania. Tak rozpoczęła się moja przygoda z osobami niepełnosprawnymi. Spotkania odbywały się co miesiąc, ale mogliśmy też odwiedzać chorych co tydzień w ich domach. Spotykałem się z nimi, rozmawiałem, żartowałem, pocieszałem ich i co najważniejsze, traktowałem jak normalnych ludzi, bez litości i współczucia - oni tego nie oczekiwali, oni chcieli normalności. Comiesięczne spotkania rozpoczynały się Eucharystią, by później cieszyć się i radować wspólnym byciem razem ze sobą - zdrowi i chorzy. Pod koniec roku akademickiego dostałem propozycję wyjazdu wakacyjnego na wczasorekolecje i z niepełnosprawnymi. Odpowiedź moja była twierdząca, choć nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Grupa była dość duża - ok. 25 osób na wózkach i wielu wolontariuszy - było cudownie! Byłem opiekunem osób niepełnosprawnych, spełniło się moje marzenie po wielu latach od tego pamiętnego pobytu w Licheniu. Przebywaliśmy z chorymi cały czas. W dzień i w nocy, mieliśmy bowiem nocne dyżury przy chorych, w czasie których należało ich obracać co dwie godziny... Wtedy nie wiedziałem, po co to robię, dzisiaj już wiem, ale tak trzeba było robić, więc robiłem. Przy tych chorych trzeba było zrobić wszystko: od ubrania, umycia, przez dowiezienie na posiłek, nakarmienie, wyjście na spacer, zjeżdżanie po schodach, po modlitwę, rozmowę, radość, smutek i wspólną zabawę, rozmowy o życiu cierpieniu i śmierci. To były piękne chwile - mogłem pomóc drugiemu człowiekowi. Znikały wówczas wszystkie moje małe problemy, gdy patrzyłem na niepełnosprawnych, od nich uczyłem się modlitwy, życia i rozumienia tego, jak wiele mam rzeczy, których nie doceniam, z których powinienem się cieszyć. Mam sprawne ręce, nogi, mogę mówić, patrzeć, skakać, wygłupiać się. Wielu
z tych ludzi nigdy nie chodziło, nie mogli się sami ubrać, najeść, bo dłonie były niesprawne, a jeszcze jakby tego było mało, to niektórzy byli na wózku i do tego niewidomi. Wówczas serce mi się rozrywało, jak patrzyłem na ludzkie cierpienie. Pytałem wtedy Pana Boga: jak tak może być, dlaczego na to pozwala, by było tyle cierpienia, bólu i smutku!!! Odpowiedź dawali mi sami chorzy, którzy cieszyli się każdą chwilą życia, każdym gestem mojej
i innych ludzi życzliwości i serdeczności. Nie rozpaczali nad swoją niedolą, nad swoim bólem, ale cieszyli się autentyczną radością
z tego, co przynosił dany dzień. Pamiętam do dzisiaj, jak pewnego pięknego słonecznego dnia poszliśmy na plażę, ja wziąłem ze sobą jednego chłopaka na wózku. Wjechaliśmy nim kawałek na plażę
i zsadziłem go z wózka na koc, na którym usiadł. Spoglądał w morze z oddali. Zapytałem go, czy był kiedyś w morzu. Odpowiedział, że nigdy, więc ja, nie zastanawiając się długo, wziąłem go na ręce i choć ciężko było iść po piasku, doniosłem go do morza. Wszedłem
z nim kawałek w morze, posadziłem go na moim kolanie i kazałem mu dłonią dotknąć morskiej wody. Zrobił to i następnie dotknął dłonią ust i wykrzyknął: rzeczywiście słona! Jak wielka była jego radość w oczach, że pierwszy raz w życiu dotknął morza - tego nie da się opisać, jak wielkie było jego szczęście. Moja radość była również wielka, że mogłem mu sprawić taką przyjemność, to jest coś niesamowitego, to trzeba przeżyć i doświadczyć. Takich chwil i podobnych do tych przeżywałem wśród chorych bardzo wiele. Uczyłem się od nich wiary w Boga i modlitwy. Jak oni potrafią się głęboko modlić, myślałem sobie, jak wielką mają wiarę w moc modlitwy, a jaka jest moja wiara
i moja modlitwa, pytałem siebie... Wczasorekolekcje kończyły się, potem były spotkania co miesiąc i potem znów rekolekcje - tak co roku przez cztery lata uczyłem się jak żyć od niepełnosprawnych. Potem troszkę się oddaliłem od nich, choć byłem blisko sercem i myślami, wspominając jak wiele im zawdzięczam. Zostałem księdzem w 1998 roku i najwspanialsze życzenia, jakie dostałem, to były właśnie życzenia od niepełnosprawnych. Dalej mój kontakt z nimi był okazjonalny - spotykaliśmy się na Eucharystii i w czasie pieszych pielgrzymek.
Przyszedł luty 2003 roku, kiedy to w wyniku wypadku samochodowego złamałem kręgosłup i mam uszkodzony rdzeń kręgowy na odcinku piersiowym th3-th4. Od tego czasu jestem niepełnosprawnym księdzem i poruszam się na wózku inwalidzkim. Gdy po wypadku doszedłem do siebie, a wypadek był dość tragiczny,
i gdy dowiedziałem się, że nie będę chodził, nie byłem w wielkim szoku, może dlatego właśnie, że wcześniej miałem kontakt z osobami na wózku. Pomyślałem sobie - trudno, widocznie tak ma być. Pan Bóg ma w tym jakiś plan dla mnie. Niech mnie jednak nikt nie pyta jaki plan, bo sam tego nie wiem jeszcze. Wszystko to, co ja robiłem przy chorych, teraz trzeba robić przy mnie...Jedno
z moich pierwszych zdań, jakie wypowiedziałem, to podziękowanie Bogu, że zostawił mi sprawne ręce i głowę, czyli to, co do kapłaństwa jest najważniejsze. Mogę sprawować Eucharystię, mogę udzielać sakramentu pojednania i mogę mówić kazania. A jak się ostatnio dowiedziałem od młodzieży na rekolekcjach, które dla nich prowadziłem, "nogami nie można się zbawić, tylko sercem!" Dokładnie tak jest i coraz bardziej to do mnie dociera, że nogi nie są najważniejsze w życiu, najważniejsze jest serce pełne zaufania w Boży Plan Zbawienia wobec każdego z nas. Takie życie nie jest łatwe
i proste, są chwile załamania, buntu, bólu i krzyku do Boga "dlaczego ja?!!!" Zaraz przychodzi jednak refleksja - tego ci nikt nie powie, dowiesz się tego później. Trudno jest opisać to wszystko, co przeżywam, jak się z tym wszystkim pogodziłem. Może to powiedzieć moja rodzina, mama i rodzeństwo, a także moi przyjaciele, którzy zawsze są przy mnie, nie opuścili mnie w moim nieszczęściu, a wręcz przeciwnie, wspierają mnie cały czas, i którym chcę bardzo podziękować za to, że byli, są i mam nadzieję, że będą ze mną i przy mnie!!! Może to powiedzieć młodzież, z którą się spotykałem na muzycznych spotkaniach z Bogiem w naszej diecezji, które nazwaliśmy "Przystanek Jezus" i prawie na wszystkich z nich byłem osobiście. Spotykałem się z nimi jak chodziłem, modliłem się z nimi, spowiadałem ich, tańczyłem, wychwalając w ten sposób Boga. Organizowałem dwa "przystanki" i jeden był, krótko przed moim wypadkiem. To był bardzo specyficzny przystanek, wcześniej takiego nie było i po nim też już takiego nie było, a chodzi o to, że motywem przewodnim tego spotkania były słowa - Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia.... chyba że jest to dzień Twojej śmierci -
i pod wpływem tych słów i kazania, które wówczas powiedziałem, bardzo duża liczba młodzieży skorzystała ze spowiedzi. Po 2 latach od tamtego wydarzenia, na tegorocznych rekolekcjach usłyszałem słowa od młodej osoby: Proszę księdza, tak sobie myślę, że tamten wypadek to szatańska zemsta za "Przystanek Jezus" TEN OSTATNI który ksiądz organizował..taki mały żart i próba pozbycia się wroga, bo przecież ksiądz ich tam tylu nawrócił, tylu ludzi się wyspowiadało, otworzył im ksiądz oczy na Boga... Wiem, że nawrócenie to nie moja zasługa - ja im może tylko troszkę z Bożą pomocą pomogłem, ale po usłyszeniu tych słów poczułem się dokładnie jak Hiob ze Starego Testamentu. Taki jesteś mądry i wychwalasz Boga, bo jesteś zdrowy. Zobaczymy, co zrobisz jak Ci zabiorę nogi. Zabrał, ale ja i tak nie przestanę mówić o Bogu, Jezusie i jego miłości do ludzi!!! Teraz dalej jeżdżę na "Przystanki", modlę się, swoim głosem wychwalam Boga, bo tańczyć i skakać nie mogę, ale zawsze dziękuję młodzieży, że to robi dla Jezusa i uczę jej, by doceniała to, co ma - swoje zdrowie!!! Minęło już ponad pięć lat jak jestem na wózku. Szanse na chodzenie są takie, że jak medycyna posunie się do przodu i nastąpią przeszczepy rdzenia kręgowego, to może stanę na nogi z wózka, ale póki co uczę się żyć na wózku każdego dnia od nowa. Nie poddaję się, bo wiem, że Pan Bóg widzi w moim cierpieniu jakiś sens. Ja też ten sens z pomocą innych, a zwłaszcza młodzieży, bliskich i życzliwych mi osób, powoli odkrywam, "ale widzę go jeszcze niejasno, jakby w zwierciadle". Wierzę, że nadejdzie taki dzień, że zrozumiem wszystko jak "w jasny dzień", jaki to wszystko miało sens, jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym...
świadectwo pochodzi ze strony www.fotka.pl/profil/ksiadzmar/ w opisach znajdziesz dużo więcej...
Tagi:
milosc niepelnosprawnosc
09.10.2009 o godz. 23:40
Chciałabym Ci kogoś przedstawić... A nie... myśle że ks. Marek sam sie przedstawi... Ja powiem tylko, że dane mi było ks.Marka spotkać i nikt tak jak on nie pokazal mi miłości.. Nikt na takim "osiołku" nie przywiózł mi Boga... Bez niego nie powstałby ten blog... Być może nic by nie było... I to kolejny dowód, że Anioły spadaja z nieba:) I nawet wypadek samochodowy go nie powstrzyma... a czy możliwe to wszystko, by było gdyby nie jego niepełnosprawność...?? Właśnie... Ludzie zaczęsto traktuja to jako karę od Boga... Zniszczone życie.. A ks. Marek to żywy dowód na to że niepełnosprawność to dar od Boga, część Jego planu... A przede wszystkim to Jego Miłość.. taka niekochana... Bo do krzyża przybita...
09.10.2009 o godz. 23:36
Poprzez ten przykład chcę pokazać, Ŝe
rehabilitacja to coś więcej niŜ tylko
usprawnienie ciała. Rehabilitacja musi sięgać
najgłębszych sfer umysłu, emocji, uczuć, gdyŜ
to właśnie one wyznaczają horyzonty, ku
którym moŜemy zmierzać. Jeśli ograniczyłbym
swój horyzont do ekranu telewizora, to równieŜ
proporcjonalnie ograniczyłbym czas i przestrzeń
mych własnych myśli, w których wszystko się
zaczyna... Niestety myślenie to teŜ wysiłek, a
nawet czasem ból, więc najłatwiej uciec od
własnego Ŝycia do wyimaginowanych postaci z
tasiemcowych seriali.
Nasunęło mi się takie wolne skojarzenie „tasiemcowe” – tasiemiec: pasoŜyt, który
wysysa z człowieka Ŝyciodajny pokarm...
W moim rozumieniu kalectwem, które wymaga rehabilitacji, jest nie tyle sama
ułomność fizyczna, lecz raczej sposób myślenia i Ŝycia. Najlepszym przykładem jest
stwierdzenie: „jakoś muszę zabić czas...”
Dla mnie czas jest jedną z najcenniejszych wartości, bo Ŝadnej straconej chwili juŜ
nigdy nie odzyskam. I chociaŜ w tym Ŝyciu nie ma nic na zawsze, to przecieŜ takŜe te
najpiękniejsze chwile spadają nam z Nieba. Tylko od nas zaleŜy, czy podejmiemy wysiłek,
aby podnieść dłoń i sięgnąć po te krople szczęścia, czy będziemy tylko biernie czekać, a one
bezowocnie spadną obok nas...
Nawet, gdy zimą mniej wychodzę z domu, równieŜ wtedy staram się dobrze
wykorzystywać czas, abym mógł iść wciąŜ dalej... Poprzez uczenie się, tworzenie,
inwestowanie w siebie, abym stawał się większym bogactwem dla innych.
To wszystko sprawia, Ŝe kaŜdy mój dzień jest jak chwila, w której tak wiele chciałbym
zrobić, a wieczorem okazuje się, Ŝe dzień przyniósł jeszcze więcej do zrobienia.
Być moŜe zaangaŜowałem się w zbyt wiele spraw i trudno mi temu podołać. Gdy
jednak wieczorami „padnięty” kładę się spać, to mam poczucie, Ŝe nie był to dzień
zmarnowany. Muszę przyznać, Ŝe chyba właśnie o to mi w Ŝyciu chodzi, aby tę doczesność
wycisnąć jak cytrynę.
Jacek Ryng
rehabilitacja to coś więcej niŜ tylko
usprawnienie ciała. Rehabilitacja musi sięgać
najgłębszych sfer umysłu, emocji, uczuć, gdyŜ
to właśnie one wyznaczają horyzonty, ku
którym moŜemy zmierzać. Jeśli ograniczyłbym
swój horyzont do ekranu telewizora, to równieŜ
proporcjonalnie ograniczyłbym czas i przestrzeń
mych własnych myśli, w których wszystko się
zaczyna... Niestety myślenie to teŜ wysiłek, a
nawet czasem ból, więc najłatwiej uciec od
własnego Ŝycia do wyimaginowanych postaci z
tasiemcowych seriali.
Nasunęło mi się takie wolne skojarzenie „tasiemcowe” – tasiemiec: pasoŜyt, który
wysysa z człowieka Ŝyciodajny pokarm...
W moim rozumieniu kalectwem, które wymaga rehabilitacji, jest nie tyle sama
ułomność fizyczna, lecz raczej sposób myślenia i Ŝycia. Najlepszym przykładem jest
stwierdzenie: „jakoś muszę zabić czas...”
Dla mnie czas jest jedną z najcenniejszych wartości, bo Ŝadnej straconej chwili juŜ
nigdy nie odzyskam. I chociaŜ w tym Ŝyciu nie ma nic na zawsze, to przecieŜ takŜe te
najpiękniejsze chwile spadają nam z Nieba. Tylko od nas zaleŜy, czy podejmiemy wysiłek,
aby podnieść dłoń i sięgnąć po te krople szczęścia, czy będziemy tylko biernie czekać, a one
bezowocnie spadną obok nas...
Nawet, gdy zimą mniej wychodzę z domu, równieŜ wtedy staram się dobrze
wykorzystywać czas, abym mógł iść wciąŜ dalej... Poprzez uczenie się, tworzenie,
inwestowanie w siebie, abym stawał się większym bogactwem dla innych.
To wszystko sprawia, Ŝe kaŜdy mój dzień jest jak chwila, w której tak wiele chciałbym
zrobić, a wieczorem okazuje się, Ŝe dzień przyniósł jeszcze więcej do zrobienia.
Być moŜe zaangaŜowałem się w zbyt wiele spraw i trudno mi temu podołać. Gdy
jednak wieczorami „padnięty” kładę się spać, to mam poczucie, Ŝe nie był to dzień
zmarnowany. Muszę przyznać, Ŝe chyba właśnie o to mi w Ŝyciu chodzi, aby tę doczesność
wycisnąć jak cytrynę.
Jacek Ryng
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:53
Podobnie jazda samochodem wymaga ode mnie ciągłego napręŜania mięśni, zwłaszcza
podczas zakrętów – tak, aby moja głowa pozostała gdzieś w obrębie samochodu:)
Faktem jest, Ŝe niewiele mam mięśni, a ich sprawność jest mizerna... Lecz jeśli nie
zmuszałbym do wysiłku tego, co mi pozostało, to zapewne juŜ nic by mi nie pozostało...
Uogólniając, mogę powiedzieć, Ŝe dla mnie kaŜda forma aktywności jest rehabilitacją.
Wiem jednak, Ŝe nie kaŜdy moŜe wyjść z domu, choćby dlatego, Ŝe nie ma z kim –
podobnie jak ja kilkanaście lat temu...
Lecz czy jest to powód, aby stać w miejscu?
Pozostaje jeszcze nasz wewnętrzny świat, w którym wszystko moŜemy. Lecz tylko od
nas zaleŜy, jak go zagospodarujemy... czy poświęcimy mu czas i wysiłek, aby w wyobraźni
sięgnąć aŜ do rzeczywistości.
Pamiętam, jak w okresie, gdy nie wychodziłem z domu, zobaczyłem zdjęcie chłopaka
na wózku i piękny górski szlak, a obok płynął malowniczy strumyk... Patrzyłem, nieco mu
zazdroszcząc... i wyobraŜałem sobie, jak pięknie byłoby tam być... ChociaŜ z perspektywy
tego Jacka, który praktycznie nie wychodził z domu, wydawało się to zupełnie nierealnym
marzeniem, bo przecieŜ nie znałem jeszcze nikogo... i nic nie wskazywało na to, Ŝe poznam.
Ten obraz jednak pokazywał mi, Ŝe moŜna... Ŝe jeśli on moŜe, to muszę chociaŜby
wyruszyć w jakąś drogę, abym teŜ miał szansę.
I wyruszyłem, nie mając pojęcia, co czeka
mnie za najbliŜszym zakrętem. A po kilkunastu
latach... Dolina Kościeliska, Chochołowska,
Morskie Oko, Kasprowy Wierch... – trudno
zliczyć, ile było tych fascynujących miejsc.
podczas zakrętów – tak, aby moja głowa pozostała gdzieś w obrębie samochodu:)
Faktem jest, Ŝe niewiele mam mięśni, a ich sprawność jest mizerna... Lecz jeśli nie
zmuszałbym do wysiłku tego, co mi pozostało, to zapewne juŜ nic by mi nie pozostało...
Uogólniając, mogę powiedzieć, Ŝe dla mnie kaŜda forma aktywności jest rehabilitacją.
Wiem jednak, Ŝe nie kaŜdy moŜe wyjść z domu, choćby dlatego, Ŝe nie ma z kim –
podobnie jak ja kilkanaście lat temu...
Lecz czy jest to powód, aby stać w miejscu?
Pozostaje jeszcze nasz wewnętrzny świat, w którym wszystko moŜemy. Lecz tylko od
nas zaleŜy, jak go zagospodarujemy... czy poświęcimy mu czas i wysiłek, aby w wyobraźni
sięgnąć aŜ do rzeczywistości.
Pamiętam, jak w okresie, gdy nie wychodziłem z domu, zobaczyłem zdjęcie chłopaka
na wózku i piękny górski szlak, a obok płynął malowniczy strumyk... Patrzyłem, nieco mu
zazdroszcząc... i wyobraŜałem sobie, jak pięknie byłoby tam być... ChociaŜ z perspektywy
tego Jacka, który praktycznie nie wychodził z domu, wydawało się to zupełnie nierealnym
marzeniem, bo przecieŜ nie znałem jeszcze nikogo... i nic nie wskazywało na to, Ŝe poznam.
Ten obraz jednak pokazywał mi, Ŝe moŜna... Ŝe jeśli on moŜe, to muszę chociaŜby
wyruszyć w jakąś drogę, abym teŜ miał szansę.
I wyruszyłem, nie mając pojęcia, co czeka
mnie za najbliŜszym zakrętem. A po kilkunastu
latach... Dolina Kościeliska, Chochołowska,
Morskie Oko, Kasprowy Wierch... – trudno
zliczyć, ile było tych fascynujących miejsc.
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:52
Myślę, Ŝe takie dobre, głębokie i piękne relacje są moją najcenniejszą rehabilitacją.
Czuję, Ŝe tym bardziej warto walczyć o Ŝycie, im bardziej mogę nim ubogacać drugą osobę...
Takie dawanie siebie i branie jest jak oddychanie... Nie moŜna być tylko na wdechu albo
wydechu, lecz im więcej siebie dajemy i przyjmujemy, tym pełniej i lepiej Ŝyjemy:)
Bliskie są mi słowa Jana Pawła II: Człowiek nie jest tylko sprawcą swoich czynów, ale
przez te czyny jest zarazem w jakiś sposób twórcą siebie samego.
W kontekście tych słów moja niepełnosprawność nabiera nowego punku odniesienia.
Dla mnie, bowiem podniesienie ręki moŜe być podobnym wysiłkiem, jak dla atlety
podniesienie stukilogramowego cięŜaru. Lecz przecieŜ nie tyle waŜne jest to, jak wiele się
podnosi, ale to, co wynika z tej aktywności, czy teŜ wysiłku...
Niestety niejednokrotnie takŜe wśród osób niepełnosprawnych cała aktywność
ogranicza się do kciuka ręki, którym przełączają programy telewizyjne... A Ŝycie płynie... nie
z nami, lecz obok nas...
Z perspektywy czasu widzę, jak wiele zyskałem dzięki znacznemu ograniczeniu
oglądania telewizji. GdyŜ nie da się siedzieć albo leŜeć przed telewizorem, a jednocześnie
wędrować... A przecieŜ wiadomo, Ŝe ruch to zdrowie! I chociaŜ nie potrafię nawet poruszać
wózkiem, to juŜ samo poczucie ruchu, podczas jazdy wózkiem, wyzwala ze stagnacji i
dostarcza wielu bodźców, m.in. wzrokowych, które stymulują cały organizm.
Tych bodźców jest znacznie więcej,
gdy wyruszam na jakieś górskie szlaki,
czy teŜ pieszą pielgrzymkę do
Częstochowy. Zazwyczaj nie ma tam
gładkich dróg, a wręcz trzeba pokonywać
kamienie, konary, piachy, a przede
wszystkim własne słabości.
Dla tych, którzy pchają mój wózek,
jest to niejednokrotnie wyczyn, który
moŜna określić jednym zdaniem: „To
było niemoŜliwe, ale wykonalne!”
Natomiast dla mnie kaŜdy wertep to
wysiłek, aby utrzymać jakiś pion na
wózku, który podskakuje, szarpie i lata na
wszystkie moŜliwe strony... a ja w nim;-)
Czy jednak moŜna sobie wyobrazić
bardziej wyrafinowany masaŜ? Zapewne
Ŝaden fizjoterapeuta nie byłby w stanie tak wszechstronnie mnie wymasować:)
Czuję, Ŝe tym bardziej warto walczyć o Ŝycie, im bardziej mogę nim ubogacać drugą osobę...
Takie dawanie siebie i branie jest jak oddychanie... Nie moŜna być tylko na wdechu albo
wydechu, lecz im więcej siebie dajemy i przyjmujemy, tym pełniej i lepiej Ŝyjemy:)
Bliskie są mi słowa Jana Pawła II: Człowiek nie jest tylko sprawcą swoich czynów, ale
przez te czyny jest zarazem w jakiś sposób twórcą siebie samego.
W kontekście tych słów moja niepełnosprawność nabiera nowego punku odniesienia.
Dla mnie, bowiem podniesienie ręki moŜe być podobnym wysiłkiem, jak dla atlety
podniesienie stukilogramowego cięŜaru. Lecz przecieŜ nie tyle waŜne jest to, jak wiele się
podnosi, ale to, co wynika z tej aktywności, czy teŜ wysiłku...
Niestety niejednokrotnie takŜe wśród osób niepełnosprawnych cała aktywność
ogranicza się do kciuka ręki, którym przełączają programy telewizyjne... A Ŝycie płynie... nie
z nami, lecz obok nas...
Z perspektywy czasu widzę, jak wiele zyskałem dzięki znacznemu ograniczeniu
oglądania telewizji. GdyŜ nie da się siedzieć albo leŜeć przed telewizorem, a jednocześnie
wędrować... A przecieŜ wiadomo, Ŝe ruch to zdrowie! I chociaŜ nie potrafię nawet poruszać
wózkiem, to juŜ samo poczucie ruchu, podczas jazdy wózkiem, wyzwala ze stagnacji i
dostarcza wielu bodźców, m.in. wzrokowych, które stymulują cały organizm.
Tych bodźców jest znacznie więcej,
gdy wyruszam na jakieś górskie szlaki,
czy teŜ pieszą pielgrzymkę do
Częstochowy. Zazwyczaj nie ma tam
gładkich dróg, a wręcz trzeba pokonywać
kamienie, konary, piachy, a przede
wszystkim własne słabości.
Dla tych, którzy pchają mój wózek,
jest to niejednokrotnie wyczyn, który
moŜna określić jednym zdaniem: „To
było niemoŜliwe, ale wykonalne!”
Natomiast dla mnie kaŜdy wertep to
wysiłek, aby utrzymać jakiś pion na
wózku, który podskakuje, szarpie i lata na
wszystkie moŜliwe strony... a ja w nim;-)
Czy jednak moŜna sobie wyobrazić
bardziej wyrafinowany masaŜ? Zapewne
Ŝaden fizjoterapeuta nie byłby w stanie tak wszechstronnie mnie wymasować:)
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:51
Ten, kto nie zmusza do wysiłku swojego umysłu, staje się ograniczony umysłowo –
tępieje.
Ten, kto nie stara się znajdować czasu na modlitwę i nie podejmuje wysiłku, aby
walczyć z pokusami, nie trwa przy źródle Ŝycia – przy Bogu - i zatraca moc ducha.
Ten, kto nawet nie próbuje pokonywać słabości ciała i unika zmęczenia, nigdy nie
przekona się, jak wiele moŜe... a wręcz zasklepi się w tym, czego nie moŜe.
Niestety, takŜe w moim Ŝyciu był okres, gdy przekonałem się, jak łatwo jest poddać się
myśleniu, Ŝe przecieŜ jestem niepełnosprawny, więc trzeba zrezygnować z pewnych rzeczy,
bo i tak nie podołam.
Podkreśliłem tutaj słowo poddać się, bo jest w nim rezygnacja - przede wszystkim z
wysiłku - i brak walki. A przecieŜ sposób myślenia przekłada się na całe Ŝycie.
Dopiero od kilkunastu lat wciąŜ przekonuję się, Ŝe trzeba walczyć... o kaŜdą piękną
chwilę, o kaŜdy dobry dzień, o całe Ŝycie, bo kaŜdy ma je tylko jedno i to od nas zaleŜy, co z
nim zrobimy.
Właśnie w tym zmaganiu, głównie z samym sobą, odnajduję teŜ piękno wędrówki przez
Ŝycie, które jest dla mnie jak wspinanie się po górach... Tylko ten, kto zacznie wędrować, ma
szansę, aby dojść do celu... W moim przypadku juŜ samo podjęcie jakiegoś wyzwania
niejednokrotnie pozwalało mi przełamywać te ograniczenia, które wcześniej wydawały się nie
do przejścia.
W tym wszystkim nie mam wątpliwości, Ŝe bez Łaski Boga nic bym nie zrobił, ani nie
pojawiliby się ludzie, którzy mi pomagają. Niemniej, jestem przekonany, Ŝe Bóg pomaga, ale
nie wyręcza... czynię więc tyle, ile mogę, a resztę pozostawiam Wszechmogącemu...
Dlatego, kiedy pojawiają się trudności, które wydają się nie do przeskoczenia, staram
się nie poddawać. Bo juŜ wiem, Ŝe im trudniej, tym bardziej warto... Niejednokrotnie takie
niełatwe sytuacje prowadzą wręcz do jakiejś pozytywnej zmiany. Czasem dzięki temu, Ŝe coś
się skomplikowało, miałem szansę, aby zmobilizować się do nowego wyzwania.
Tak np. było, gdy koleŜanka,
która miała mi pomagać podczas
rekolekcji na Górze Św. Anny,
spóźniła się na pociąg i nie dojechała,
a ja nie miałem z kim tam zostać.
Wszystko wskazywało na to, Ŝe będę
musiał wracać do domu z kolegą,
który mnie przywiózł. Poprosiłem go
jednak, aby zaprowadził mnie do
dziewczyny, którą zobaczyłem w holu
Domu Rekolekcyjnego. Nie znałem
jej, ale cóŜ mi szkodziło zapytać, czy
mogłaby mi pomóc? I warto było, bo
zgodziła się:) Był to początek
niezwykłej Przyjaźni, w której wiele
razem przeŜyliśmy, m.in. pielgrzymkę
do AsyŜu i Rzymu.
tępieje.
Ten, kto nie stara się znajdować czasu na modlitwę i nie podejmuje wysiłku, aby
walczyć z pokusami, nie trwa przy źródle Ŝycia – przy Bogu - i zatraca moc ducha.
Ten, kto nawet nie próbuje pokonywać słabości ciała i unika zmęczenia, nigdy nie
przekona się, jak wiele moŜe... a wręcz zasklepi się w tym, czego nie moŜe.
Niestety, takŜe w moim Ŝyciu był okres, gdy przekonałem się, jak łatwo jest poddać się
myśleniu, Ŝe przecieŜ jestem niepełnosprawny, więc trzeba zrezygnować z pewnych rzeczy,
bo i tak nie podołam.
Podkreśliłem tutaj słowo poddać się, bo jest w nim rezygnacja - przede wszystkim z
wysiłku - i brak walki. A przecieŜ sposób myślenia przekłada się na całe Ŝycie.
Dopiero od kilkunastu lat wciąŜ przekonuję się, Ŝe trzeba walczyć... o kaŜdą piękną
chwilę, o kaŜdy dobry dzień, o całe Ŝycie, bo kaŜdy ma je tylko jedno i to od nas zaleŜy, co z
nim zrobimy.
Właśnie w tym zmaganiu, głównie z samym sobą, odnajduję teŜ piękno wędrówki przez
Ŝycie, które jest dla mnie jak wspinanie się po górach... Tylko ten, kto zacznie wędrować, ma
szansę, aby dojść do celu... W moim przypadku juŜ samo podjęcie jakiegoś wyzwania
niejednokrotnie pozwalało mi przełamywać te ograniczenia, które wcześniej wydawały się nie
do przejścia.
W tym wszystkim nie mam wątpliwości, Ŝe bez Łaski Boga nic bym nie zrobił, ani nie
pojawiliby się ludzie, którzy mi pomagają. Niemniej, jestem przekonany, Ŝe Bóg pomaga, ale
nie wyręcza... czynię więc tyle, ile mogę, a resztę pozostawiam Wszechmogącemu...
Dlatego, kiedy pojawiają się trudności, które wydają się nie do przeskoczenia, staram
się nie poddawać. Bo juŜ wiem, Ŝe im trudniej, tym bardziej warto... Niejednokrotnie takie
niełatwe sytuacje prowadzą wręcz do jakiejś pozytywnej zmiany. Czasem dzięki temu, Ŝe coś
się skomplikowało, miałem szansę, aby zmobilizować się do nowego wyzwania.
Tak np. było, gdy koleŜanka,
która miała mi pomagać podczas
rekolekcji na Górze Św. Anny,
spóźniła się na pociąg i nie dojechała,
a ja nie miałem z kim tam zostać.
Wszystko wskazywało na to, Ŝe będę
musiał wracać do domu z kolegą,
który mnie przywiózł. Poprosiłem go
jednak, aby zaprowadził mnie do
dziewczyny, którą zobaczyłem w holu
Domu Rekolekcyjnego. Nie znałem
jej, ale cóŜ mi szkodziło zapytać, czy
mogłaby mi pomóc? I warto było, bo
zgodziła się:) Był to początek
niezwykłej Przyjaźni, w której wiele
razem przeŜyliśmy, m.in. pielgrzymkę
do AsyŜu i Rzymu.
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:50
- stwierdziła moja koleŜanka pisząc o mnie swoją pracę magisterską.
I coś w tym jest, bo z punktu widzenia medycyny niewiele moŜna pomóc w takim
schorzeniu, jak moje: wrodzone, postępujące, wyniszczające...
Owszem, klasyczna rehabilitacja w jakimś stopniu moŜe spowolnić postęp choroby,
lecz mieszkając na wsi, nigdy nie miałem moŜliwości korzystania z fizjoterapii.
Zastanawiam się jednak, czy rehabilitacja wiele by pomogła. PrzecieŜ, jak wynika z
ksiąŜki pt. „Zanik rdzeniowy mięśni”, okres przeŜycia chorych z SMA II wydłuŜa się wraz z
moŜliwościami leczenia i zapobiegania powikłaniom i wynosi średnio kilkanaście lat3.
Przy moich kilkudziesięciu latach nasuwają się na myśl jedynie słowa piosenki: Co ja tutaj
robię...?:)
Na takie pytanie mogę odpowiedzieć tylko jednym słowem: po prostu śyję!
Jakiś malkontent powiedziałby: ale co to za Ŝycie...?
Odpowiem mu krótko: intensywne, ciekawe, a chwilami nawet piękne:)
Nikt nie jest doskonały - bez wad, braków, ułomności... czy to w sferze fizycznej,
psychicznej, emocjonalnej, czy teŜ duchowej... Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy,
gdy człowiek zatrzymuje się na swoich niedoskonałościach. W ten sposób nawet „odstające
ucho” moŜe stać się „kalectwem”, które sparaliŜuje całego człowieka.
Właśnie „zatrzymywanie się” jest tutaj najbardziej adekwatnym stwierdzeniem, gdyŜ
jest w nim skupianie uwagi na czymś, a jednocześnie brak ruchu – aktywności.
Bezruch i stagnacja natomiast powodują zanikanie i obumieranie nie tylko moich
mięśni...
I coś w tym jest, bo z punktu widzenia medycyny niewiele moŜna pomóc w takim
schorzeniu, jak moje: wrodzone, postępujące, wyniszczające...
Owszem, klasyczna rehabilitacja w jakimś stopniu moŜe spowolnić postęp choroby,
lecz mieszkając na wsi, nigdy nie miałem moŜliwości korzystania z fizjoterapii.
Zastanawiam się jednak, czy rehabilitacja wiele by pomogła. PrzecieŜ, jak wynika z
ksiąŜki pt. „Zanik rdzeniowy mięśni”, okres przeŜycia chorych z SMA II wydłuŜa się wraz z
moŜliwościami leczenia i zapobiegania powikłaniom i wynosi średnio kilkanaście lat3.
Przy moich kilkudziesięciu latach nasuwają się na myśl jedynie słowa piosenki: Co ja tutaj
robię...?:)
Na takie pytanie mogę odpowiedzieć tylko jednym słowem: po prostu śyję!
Jakiś malkontent powiedziałby: ale co to za Ŝycie...?
Odpowiem mu krótko: intensywne, ciekawe, a chwilami nawet piękne:)
Nikt nie jest doskonały - bez wad, braków, ułomności... czy to w sferze fizycznej,
psychicznej, emocjonalnej, czy teŜ duchowej... Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy,
gdy człowiek zatrzymuje się na swoich niedoskonałościach. W ten sposób nawet „odstające
ucho” moŜe stać się „kalectwem”, które sparaliŜuje całego człowieka.
Właśnie „zatrzymywanie się” jest tutaj najbardziej adekwatnym stwierdzeniem, gdyŜ
jest w nim skupianie uwagi na czymś, a jednocześnie brak ruchu – aktywności.
Bezruch i stagnacja natomiast powodują zanikanie i obumieranie nie tylko moich
mięśni...
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:49
Aby Ŝycie wycisnąć jak cytrynę
W sytuacji Jacka rozwój duchowy pozwala
ukierunkować mu aktywność Ŝyciową na
najwaŜniejsze dla niego wartości takie jak: wiara,
przyjaźń i miłość, przez co oszczędza energię Ŝyciową
na zmaganie się z powikłaniami choroby, które z
biegiem lat stają się nieuniknione. Postawa Ŝyciowa,
którą ciągle w sobie rozwija, pozwala mu z akceptacją
przyjąć fizyczne ograniczenia, gdyŜ wypływa ze
świadomości realizacji siebie. Prezentowany przez
niego sposób na samorealizację nawiązuje do
zaczerpniętej ze staroŜytnej mądrości Corneliusa
Gallusa dewizy Uniwersytetu Jagiellońskiego opartej
na zasadzie plus ratio quam vis1. W swoim Ŝyciu siłą
własnych mięśni Jacek nie jest w stanie zrobić prawie
nic. Siłą swoich przekonań, dojrzałością postawy,
szeroką perspektywą umysłu buduje swój świat,
dzieląc się nim z tymi, których spotyka w swoim Ŝyciu2
W sytuacji Jacka rozwój duchowy pozwala
ukierunkować mu aktywność Ŝyciową na
najwaŜniejsze dla niego wartości takie jak: wiara,
przyjaźń i miłość, przez co oszczędza energię Ŝyciową
na zmaganie się z powikłaniami choroby, które z
biegiem lat stają się nieuniknione. Postawa Ŝyciowa,
którą ciągle w sobie rozwija, pozwala mu z akceptacją
przyjąć fizyczne ograniczenia, gdyŜ wypływa ze
świadomości realizacji siebie. Prezentowany przez
niego sposób na samorealizację nawiązuje do
zaczerpniętej ze staroŜytnej mądrości Corneliusa
Gallusa dewizy Uniwersytetu Jagiellońskiego opartej
na zasadzie plus ratio quam vis1. W swoim Ŝyciu siłą
własnych mięśni Jacek nie jest w stanie zrobić prawie
nic. Siłą swoich przekonań, dojrzałością postawy,
szeroką perspektywą umysłu buduje swój świat,
dzieląc się nim z tymi, których spotyka w swoim Ŝyciu2
Tagi:
zycie
06.10.2009 o godz. 17:47











